Jak już wróciłam na trasę, to siłą rzeczy nie wiedziałam, która jadę. W tamtym momencie nie miałam też świadomości jak dużo czasu sprezentowałam mojej konkurencji. Na długim zjeździe szybko dogoniłam i wyprzedziłam Lejlę Njemcevic. W pierwszej strefie technicznej byłam szósta, czyli pomyłka trasy kosztowała mnie stratę ogromnej ilości czasu i czterech pozycji. Na kolejnym podjeździe wyprzedziłam Amandę Bohlin i Natalię Fischer. W pełni skoncentrowana na czystej technicznie jeździe co jakiś czas musiałam dodatkowo łapać za hamulce, w celu upewnienia się, którą z niezliczonych leśnych ścieżek należy jechać.
Na drugim boksie byłam już czwarta i zbliżałam się do trzeciej zawodniczki. Niedługo po tym bufecie następował ostatni - z wielu tego dnia - przejazd przez rzekę. Do tego przejazdu dojeżdżało się na wysokiej prędkości, a ja po szybkiej ocenie uznałam, że mogę tę rzekę pokonać bez hamulców. No i prawie się udało… Tuż przed brzegiem kamienne dno miało układ, który zablokował mi przednie koło. Przeleciałam przez kierownicę, lądując częściowo na kamienistym brzegu, a częściowo w wodzie. Niestety lewym udem trafiłam w wystający kamień. W pierwszym momencie nie byłam w stanie się podnieść. Stopniowo zaczęłam się pionizować. Dokonałam szybkiej diagnozy uznając, że jednak nic nie złamałam, ani nie zerwałam, ale krwiak na udzie będzie solidny. Dwóch kibiców, w szoku chyba nawet większym niż ja, podało mi rower. Wyprostowałam kierownicę i ruszyłam dalej. Tym razem straciłam „tylko” minutę. Straciłam też jednak rytm i potrzebowałam około pół godziny, żeby znowu jechać swoje na podjazdach. W tym czasie minęły mnie Lejla i Natalia, a ja spadłam na szóste miejsce.
Na trzeciej strefie miałam dużą stratę, nie zapowiadało się na kolejny awans. Kolejny czterokilometrowy podjazd pozwolił mi jednak złapać fajny rytm i dogonić oraz wyprzedzić Yanę Belomoiną. Kilka płaskich odcinków i kolejny podjazd pozwoliły mi zbliżyć się do poprzedzających mnie zawodniczek. Na czwartym bufecie moja strata do Lejli wynosiła minutę i była wyraźnie mniejsza. Ostatnia wspinaczka trwała kilkanaście minut. Dopiero pod koniec wzniesienia dostrzegłam Lejlę, co zmotywowało mnie do jeszcze mocniejszego nacisku na pedały. W ostatniej chwili przed wjazdem w wąski, techniczny zjazd wyprzedziłam ją i postanowiłam, że tego miejsca już nie oddam. Jechałam va banque i zjazdy, i krótkie, dynamiczne podjazdy.
Do mety dojechałam niezagrożona, na czwartym miejscu. Czy było możliwe więcej? Myślę, że tego dnia w zasięgu było trzecie miejsce, czy wyżej? Nie wiem. Niestety sześć minut stracone na samych błędach, do tego utrata rytmu jazdy po upadku nie pozwoliły mi skutecznie walczyć o podium. W czterech z sześciu edycji pucharów świata byłam w tym roku czwarta, po razie trzecia i ósma (jadąc przez godzinę na gumie, w tamtej edycji skończyłabym piąta lub czwarta). W generalce też czwarta. W rankingu UCI czwarta. Poziom maratonu poszybował w ostatnich trzech latach w górę. To czwarte miejsce jest niewdzięczne, tuż za podium, jesteś pierwszym z pustymi rękami, a jednak walczę w światowej czołówce tej konkurencji. Mam motywację, żeby szukać nowych rozwiązań i się poprawiać. Na szczęście mam też ogromne wsparcie, a jednocześnie spokój w tych działaniach, dziękuję Andreas.
Po mistrzostwach świata w maratonie pojechaliśmy od razu z Włoch do Hiszpanii. Dzięki temu było więcej czasu i na poznanie trasy, i na regenerację. A ta była bardzo potrzebna… Mimo, że w Dolomitach nie byłam w stanie zbliżyć się do moich normalnych mocy wyścigowych (momentami nawet do tych treningowych…), to koszt przejechania tego wyścigu był dla organizmu ogromny. Dość powiedzieć, że mistrzostwa odbywały się w sobotę, a ja dopiero w kolejny piątek poczułam się względnie dobrze. W tygodniu pomiędzy czempionatem a finałem pucharu świata tłumaczyłam sobie, że wystarczy, że dobrze będę się czuła w niedzielę.
Tydzień w Hiszpanii spędziliśmy na spokojnym poznawaniu trasy. Start i meta były w tych samych miejscach co przed rokiem, ale tylko kilka kilometrów na początku i na końcu się powtarzało. Podobnie jak w 2025 trasa była bardzo wymagająca technicznie. Wąskie i kręte leśne ścieżki upstrzone kamieniami dbały o to żeby zawodnik ciągle był „tu i teraz”. W wielu miejscach liczyło się pokonanie danego elementu z dokładnością do centymetra. A że dystans wynosił prawie 90 km, to było mnóstwo technicznego materiału do zapamiętania.
Na starcie w niedzielę stanęłam bez oczekiwań, z chęcią pojechania wyścigu na maksymalnym tego dnia poziomie. Początek był stosunkowo spokojny, ale dosyć szybko tempo zaczęło rosnąć. Na ósmym kilometrze jechałyśmy z przodu już tylko we trójkę, razem z Anną Weinbeer i Claudią Peretti. Pod koniec podjazdu nieco odpuściłam dziewczyny, bo uznałam, że dojadę do nich na technicznych elementach. Za priorytet uznałam poprawne pokonanie pierwszych trudniejszych kamieni. Wiedziałam, że takie wykonanie niejako ustawi mi resztę przejazdu. Tak też się stało, a ja złapałam flow. Czułam się świetnie, płynnie pokonywałam kolejne przeszkody. Do czasu, gdy uznałam, że na ścieżce, którą jadę jest zdecydowanie za dużo liści i chyba pomyliłam trasę. Niestety faktycznie tak było. Ten błąd – co sprawdziłam potem na zapisie z zegarka – kosztował mnie dokładnie pięć minut… I choć oczywiście błąd był po mojej stronie, to zaznaczę tylko, że oznakowanie trasy było fatalne. W wielu miejscach go brakowało, a na skrzyżowaniach znaki często były dopiero kilkanaście metrów po rozwidleniu, już na odpowiedniej ścieżce. W tym samym miejscu, co ja pobłądziły też inne zawodniczki, tyle że one znacznie wcześniej zawróciły.
Strona stworzona
w kreatorze WebWave.
Cześć, nazywam się Paula Gorycka-Kurmann. Moją pasją jest kolarstwo górskie. Na tej stronie dzielę się zdobytą wiedzą i doświadczeniem oraz informacjami o sportowej części mojego życia.