news
04.11.2020

Sezon 2020

Kolejny sezon dobiegł końca. Ten był jednak szczególny. Miał być rokiem olimpijskim, znowu miało być dużo startów, a jak się skończyło wszyscy wiemy. Oto jak wyglądał on z mojej perspektywy.

Po raz kolejny zaczęliśmy teamowym zgrupowaniem na Gran Canarii. Pogoda dopisała i zrobiliśmy kawał dobrej roboty. Po krótkiej przerwie polecieliśmy do Grecji. Tam czekały nas dwie etapówki i wyścig cross country. Zaczęłam od czwartego miejsca w czasówce, ale już następnego dnia wygrałam etap XCC (short race)! Czułam się wtedy naprawdę mocna. Kolejnego dnia potwierdziło się, że jest dobrze, bo w czwórkę jechałyśmy w pierwszej grupie. Walczyłam o kolejne zwycięstwo, ale po głupim błędzie na szybkim zjeździe skończyło się na czwartym miejscu. Ostatnim etapem był długi maraton. W nim zajęłam piąte miejsce i tak też skończyłam w generalce. Po dwóch dniach przerwy znowu zaczęliśmy czasówką. W wyraźnie mocniejszej stawce zameldowałam się na siódmym miejscu. Drugim etapem był short race, w którym też skończyłam siódma. Trzeci dzień miał być decydujący, bo do przejechania był długi maraton. Dobrze rozłożyłam na nim siły i skończyłam jako czwarta, po czterech godzinach ścigania do podium zabrakło mi tylko pół minuty. Czwarty dzień był dla mnie bardzo ciężki, wobec czego nadrzędnym celem było utrzymanie miejsca w generalce. Znowu byłam piąta, ale ten wynik dał mi więcej satysfakcji niż tydzień wcześniej. Kolejne dwa dni przeznaczyłam na odpoczynek i w niedzielę stanęłam na starcie w cross country. Nie spodziewałam się, że tak dobrze się zregeneruję. Po fajnej walce stanęłam na trzecim stopniu podium. Salamina była więc udana. Pokazała mi też, że forma jest na niezłym poziomie i że sezon powinien być dobry.
O jednym nie wspomniałam. Podczas wyścigów w Grecji zawodnicy i obsługa są w trochę bliższych relacjach niż na innych zawodach. Jest możliwość wymienienia się uwagami niekoniecznie związanymi z kolarstwem. Wtedy też po raz pierwszy w mojej świadomości pojawił się temat koronawirusa… Nie przypuszczałam, że tak bardzo zmieni on życie ludzi na całym świecie, a nam wywróci do góry nogami sezon.

Po powrocie z Grecji mieliśmy zaplanowaną przerwę od startów, do których chcieliśmy wrócić w połowie marca. W międzyczasie covid rozpoczął zbieranie poważnego żniwa w Europie. Organizatorzy zaczęli odwoływać pojedyncze wyścigi. W tamtym czasie wciąż wydawało nam się, że koronawirus jest gdzieś daleko, szukaliśmy możliwości startu. UCI zdecydowała o odwołaniu wyścigów do końca marca. Okej, potrenujemy i widzimy się w kwietniu. Potem pojawiła się decyzja o wycięciu z kalendarza wyścigów kwietniowych. Nie ma dramatu, zaczniemy ściganie na nowo w maju, praktycznie od razu od Pucharów Świata. Następnie po raz kolejny przesunięto drugi start sezonu na czerwiec, a ostatecznie wyścigi zaczęły się odbywać w lipcu.

Nie do końca wiem, jak radzili sobie z tą sytuacją inni zawodnicy. W moim przypadku konieczność trenowania przy braku wyścigów nie była żadnym problemem. Trudność wynikała z niepewności i ciągłych zmian decyzji. Ja po prostu lubię wyścigi i startowanie w nich sprawia mi przyjemność. Każdorazowe nastawianie się na nową datę startów (kwiecień, maj, czerwiec, lipiec…), a potem „hamowanie” i powrót do trybu treningowego były kosztowne emocjonalnie. Napędzanie radością związaną z wyścigami, następnie gaszenie jej przez odwołanie kolejnych zawodów i tak kilka razy. Wcześniej nie spotkałam się z czymś takim. W przypadku różnych kontuzji zawsze wiedziałam kiedy wrócę do rywalizacji, a nawet gdyby ta data miała ulec zmianie, to zależało to tylko ode mnie. W tym roku zmiany zależały od wirusa…

Również najważniejsza impreza czterolecia stała się ofiarą covidu i przesunięto Igrzyska Olimpijskie w Tokio z 2020 na 2021 rok. W historii nowożytnych igrzysk coś takiego nie miało miejsca. Letnie igrzyska nie odbyły się trzy razy – w 1916, 1940 i 1944 roku. Zawsze z powodu wojny. Kto by pomyślał, że koronawirus będzie miał podobną moc… Lata temu, gdy jeszcze nie uprawiałam wyczynowo sportu, ale już się nim pasjonowałam, myślałam czasem o sportowcach, którzy startowali w czasach przypadających na wojnę. Przez nią ich kariera schodziła na drugi plan. Podobnie w przypadku tych, których państwa bojkotowały starty w igrzyskach. Na – jak na razie – znacznie mniejszą skalę i nam przyszło tego teraz doświadczyć. Swoją drogą ciekawe czy nie okaże się, że również Igrzyska z roku 2020 zapiszą się w historii jako te, które się nie odbyły…

Wracając do mojego sezonu, czas bez wyścigów chciałam wykorzystać jak najlepiej. Dołożyłam wtedy do pieca, oj tak. Niestety przesadziłam i to dosyć mocno. I jak to zwykle bywa w przypadku przetrenowania, w sytuacji zorientowałam się późno i jedyne co można było zrobić to ratować co się da.

W lipcu zaczęłam od startu w Czechach. Wystartowałam chora (tak, to była głupia decyzja), a dodatkowo na ostatniej rundzie złapałam gumę i straciłam kolejne pozycje. Dwa tygodnie później startowałam w Grecji. Wygrałam tam wszystkie trzy wyścigi, ale gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że coś jest nie tak, że przewaga jest za mała. Kolejny wyścig był w Alpe d’Huez, na wysokości niemalże 2000 m n.p.m. Start w takich warunkach bez specjalnego przygotowania u mnie się nie sprawdza. Tak było i tym razem. W kolejnym tygodniu były mistrzostwa Polski, które skończyłam na piątym miejscu. O ile ubiegłoroczna trasa w Mrągowie była fajna, to tegoroczna (taka jak w 2018), mi po prostu nie leży. Jest też daleka od obecnych standardów w cross country.

Minęło więc półtora miesiąca startów, a ja ciągle nie byłam pewna o co chodzi z wynikami i czemu jestem tak daleko od wcześniej prezentowanej formy. Kolejne dwa tygodnie miałam startować w Szwajcarii. I po tych dwóch wyścigach wreszcie załapałam, że nie jestem niedotrenowana, tylko że konkretnie przesadziłam. W Gstaad miałam zrealizować założenia taktyczne na wyścig, a jeśli to się nie uda, to po dwóch rundach odpuścić. W Langendorf, w typowo przełajowej pogodzie przejechałam cały wyścig, ale już tylko po to, żeby potrenować technikę w deszczu. Po tym starcie zdecydowaliśmy się z trenerem na odpoczynek. Najpierw kilka dni totalnego luzu, a potem lekkie przejażdżki. Tak było aż do Wałbrzycha. Nie nastawiałam się na nic, chciałam sprawdzić czy odpoczynek dał jakiś efekt. Okazało się, że tak – skończyłam dziesiąta i wyglądało to już lepiej, mimo że byłam w pełni świadoma, że nie jest to to, co na co pracowałam. Wiedziałam też, że do końca sezonu żaden cud nie nastąpi.

Dwa tygodnie później odbywały się cztery wyścigi z cyklu Pucharu Świata. Nove Mesto było jedyną pucharową miejscówką w tym roku. Miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że dobrze zniosłam cztery wyścigi na najwyższym poziomie w ciągu sześciu dni. I choć wiosenne przesadzenie z treningami nie pozwoliło mi na walkę o wynik, to jednocześnie uważam, że te same treningi pozwoliły mi na względnie bezbolesne poradzenie sobie z taką kumulacją startów. I liczę na to, że zaprocentują w przyszłości…

Tydzień później z perspektywy kanapy oglądałam mistrzostwa świata. Nie lubię tej perspektywy w przypadku kolarstwa górskiego, w każdym innym sporcie (pływanie, lekkoatletyka, biegi narciarskie, siatkówka itd.), ją uwielbiam. Jedynym argumentem, który niejako przemawiał na korzyść kanapy względem siodełka była pogoda, w której przyszło dziewczynom walczyć o tęczową koszulkę.

Dwa dni później dostałam powołanie na mistrzostwa Europy. Ostatecznie w środę udało się wszystko dograć i w czwartek jeździłam już po trasie w szwajcarskiej Rivierze. W sobotę przejechałam jeden z moich najlepszych wyścigów pod względem technicznym. Zabrakło fizycznie, zrobiłam co mogłam i dojechałam dwudziesta siódma.

Tydzień później wystartowałam jeszcze w short tracku na zakończenie Pucharu Szwajcarii. Skończyłam siódma i zakończyłam sezon. Teraz delektuję się przerwą. Na nowo odkrywam inne dyscypliny sportu i cieszę się ich uprawianiem bez paska mierzącego tętno.

Jak podsumuję ten sezon? Był dziwny. Był szczególny. Mam nadzieję, że kolejny będzie normalny, choć obawiam się, że przez koronawirusa do normalności jeszcze daleka droga. Początek tego roku był dobry i napawał optymizmem. W środku przesadziłam i musiałam za to zapłacić. Przejechanie końcówki było ważne dla mojej psychiki. Czy mogę powiedzieć, że kolarsko to był dobry rok? Nie. Czy powiem, że sezon był do bani? Nie. Ten rok był bardzo zmienny i dostarczył mi wielu wrażeń. Ostatecznie teraz cieszę się, że w 2020 cztery razy stawałam na najwyższym stopniu podium i zaliczyłam już trzy „życiówki” w rankingu UCI, a obecnie plasuję się w nim na 29. miejscu.

Na koniec chciałabym podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie w tym roku. Mojemu trenerowi Andreasowi Kurmannowi, całej ekipie Strüby-BiXS Team i naszym sponsorom oraz mojemu indywidualnemu partnerowi – firmie Duo Life z Łukaszem Godyniem na czele. Wasze wsparcie jest nieocenione!

 


powrót