news
09.08.2018

Zaskakujący eliminator i bardzo dobre mistrzostwa Europy

Dawno nie dawałam na stronie znaku życia. Pora nadrobić zaległości. Zapraszam Was do prześledzenia moich poczynań z ostatnich dwóch miesięcy.

Po ponad miesięcznej przerwie od ostatniego startu w wyścigu z kalendarza UCI (był nim Puchar Świata w Czechach), wróciłam na trasy. Na pierwszy ogień poszło Houffalize. W Belgii ścigałam się kilka razy w Pucharach Świata i znałam trasę – ciężkie podjazdy i niewiele techniki. Po przyjeździe na miejsce czekała na mnie jednak niespodzianka… Okazało się, że runda została przeniesiona w inne miejsce i całkowicie zmieniła swój charakter. Podjazdy były zarówno długie o średnim nachyleniu, jak i krótkie, ale bardzo strome. Pokonanie wielu przeszkód wymagało techniki, z której trzeba skorzystać na Pucharze Świata. A był to wyścig klasy C1… Trener dobrał dla mnie idealne ścieżki przejazdu, które szybko opanowałam i byłam gotowa na wyścig. Ten poszedł mi bardzo dobrze, mimo że start był w moim wykonaniu po prostu słaby. Przez cały czas przebijałam się do przodu, a na metę wjechałam siódma.

W kolejne dwa weekendy czekały mnie Puchary Świata w Val di Sole i Vallnord. Na obydwu trasach wprowadzono kosmetyczne zmiany, a jazda po rundach sprawiała frajdę. Wyścig we Włoszech poszedł mi całkiem nieźle, z kolei Andora była niestety niewypałem. Mimo to pozostałam pozytywnie nastawiona przed kolejnymi wyścigami.

Następnym startem był dla mnie krajowy czempionat, czyli pierwsze w tym roku ściganie w Polsce. Miała być Warszawa, ale miesiąc przed mistrzostwami zmieniono lokalizację na Mrągowo. Dobrze, że w ogóle znalazł się organizator… Doceniam pracę wszystkich osób zaangażowanych w pracę przy tym wyścigu, szkoda tylko, że runda odbiegała od standardów, jakie obecnie spotykamy na najważniejszych zawodach. Piekielnie ciężka fizycznie i z jednym elementem technicznym (rock garden, swoją drogą naprawdę fajny ;-), nijak miała się do dynamicznych i wymagających technicznie rund Pucharów Świata czy imprez mistrzowskich. Oczywiście była identyczna dla wszystkich i trzeba było na takiej walczyć. Dałam z siebie wszystko i pojechałam naprawdę dobry wyścig, ale wystarczyło to tylko na zajęcie piątego miejsca. Byłam rozczarowana wynikiem, ale mimo wszystko zadowolona ze swojej jazdy.

W kolejny weekend rozgrywano Mistrzostwa Europy dla kategorii juniorów i młodzieżowców. Przy okazji odbywał się też Puchar Świata w eliminatorze. Jako, że byłam na miejscu w Graz – towarzyszyłam juniorkom z mojego team’u, które startowały w ME – to postanowiłam wziąć udział w eliminatorze. Bez żadnych oczekiwań i z zamiarem wykonania dobrego treningu. I o dziwo (o dziwo, bo eliminator to nie jest moja bajka) zaliczyłam bardzo fajne wyniki – Puchar Świata w eliminatorze ukończyłam na dziesiątym miejscu, a w towarzyszącym mu short track’u finiszowałam piąta, choć przez jakiś czas jechałam nawet trzecia. Tymi pozytywnie zaskakującymi wynikami poprawiłam sobie humor po nieudanych Mistrzostwach Polski.

Dziesięć dni później byłam już na Mistrzostwach Europy elity. W tym roku w Glasgow i w Berlinie zorganizowano festiwal, który łączył mistrzostwa w kilku różnych sportach (kolarstwo górskie, szosowe, torowe i bmx, pływanie, traiatlon, lekkoatletyka, wioślarstwo, gimnastyka, golf). Ciekawa inicjatywa, która spowodowała też większe zainteresowanie kibiców i mediów. Nasz wyścig odbywał się we wtorek o 9:30 na obrzeżach Glasgow. Trasa składała się z trzech długich, ale stosunkowo szybkich oraz kilku krótkich, ale niezwykle stromych podjazdów. Pomiędzy nimi było sporo single tracków, mnóstwo zakrętów i elementy techniczne, na które składały się sekcje z kamieni i korzeni. I choć wiele odcinków było wykonanych sztucznie, to ich charakter powodował, że miało się wrażenie, iż trasa jest naturalna. Moim zdaniem – super robota Szkotów. Na rundzie odbyłam przed wyścigiem dwa treningi. Wystarczyły, żebyśmy z trenerem dobrali idealne ścieżki przejazdu, również w zależności od warunków na trasie. Udało mi się też zapamiętać przebieg rundy, co wcale nie było łatwe przy tej ilości „zwrotów akcji” oraz długości trasy 5,5 km. Sam wyścig ułożył się dla mnie dobrze. Co prawda tuż po niezłym starcie musiałam wyhamować do zera, żeby uniknąć kraksy, a następnie gonić rozpędzający się peleton, ale na główną część rundy wjechałam już w grupie i mogłam wykonać swoją pracę. Przez cały wyścig byłam w pełni skoncentrowana, uniknęłam większych błędów technicznych i defektów, a nogi i głowa pracowały bardzo dobrze. Na metę wjechałam 21. Wynik bardzo mnie cieszy i motywuje do dalszej cięższej pracy. W końcu to widoczne efekty pracy najlepiej napędzają motywację ;-)

Moje dalsze plany startowe to dwa wyścigi w Szwajcarii – C2 w Langendorf i C1 w Villars sur Ollon. Następnie finał Pucharu Świata w La Bresse i kolejne dwa wyścigi w Szwajcarii – HC w Bazylei i Mistrzostwa Świata w Lenzerheide. Kalendarz jest więc bogaty, a do startu w najważniejszej imprezie sezonu zostało już tylko 31 dni. Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko wziąć się do roboty i zrobić ostatnie szlify formy.


powrót