news
08.07.2021

Powrót do walki

Czas pomiędzy Pucharem Świata w Czechach, a kolejnym z tej serii wyścigiem w Austrii minął mi szybko. Bez zawodów, z koncentracją na codziennych zadaniach treningowych i radością z drobnych, pozytywnych znaków od organizmu, miał przynieść efekt już w czerwcu.

Trasa w Leogangu przypadła mi do gustu. Dzięki wysokiej pozycji w rankingu mogłam wystartować w short tracku. Z uwagi na przebyty covid postanowiłam, że po prostu przetestuję organizm, ale bez doprowadzania go do granic – tę opcję chciałam zostawić sobie na niedzielne ściganie. Po czterech rundach XCC i kilku mocniejszych depnięciach na pedały zeszłam z trasy – zadanie na piątek zostało wykonane.

W niedzielę po raz kolejny przyszło nam ścigać się na mokrej trasie. Miejscami przesychała, ale zjazdy w lesie pozostały śliskie. Moje samopoczucie było już zdecydowanie lepsze niż trzy tygodnie wcześniej – wreszcie mogłam normalnie oddychać, a na podjazdach powalczyłam z rywalkami. Szkoda, że sędzia wykazał się nadgorliwością i zdjął mnie z trasy, gdy moja strata daleka była od przepisowych 80% czasu rundy liderki. Nie mogłam z tym nic zrobić, więc postanowiłam przyjąć jako możliwość szybszej regeneracji przed kolejnymi startami.

W następnym tygodniu ścigałam się w Gränichen. Puchar Szwajcarii, wpisany z klasą HC do kalendarza UCI, zgromadził na starcie jak zwykle wiele szybkich zawodniczek. Ja przez ostatnie trzy dni przed startem musiałam swoją energię podzielić też na sprawy pozasportowe, co momentalnie odbiło się na wyniku. Obecnie poziom jest nie tylko wyśrubowany, ale też wyrównany, więc drobna dzienna zniżka formy od razu skutkuje stratą kilku, kilkunastu pozycji w wynikach. Skończyłam piętnasta.

Już w następną niedzielę ponownie stanęłam na starcie w Szwajcarii. Piekielnie strome podjazdy w Savognin, dodatkowo w pełnym słońcu, pasowały mi jako przetarcie przed Pucharem Świata we Francji. Start miałam kiepski, bo nie wpięłam się w pedał i mimo dobrego rozstawienia po chwili byłam poza „20”. Goniłam i wyprzedzałam na tyle skutecznie, że po dwóch rundach jechałam na czwartej pozycji, prowadząc grupkę z Yaną Belomoiną i Elisabeth Brandau. Przez cały wyścig walka była bardzo ciekawa – co chwilę coś zmieniało się w klasyfikacji. Mnie pasowały podjazdy, ale świetnie czułam się też na zjazdach. Ostatecznie troszkę mi zabrakło i dojechałam dziewiąta. Był to jednak dobry prognostyk przed Pucharem Świata w Les Gets.

Do Francji przyjechaliśmy w czwartek. Organizatorzy dodali wiele krótkich rockgardenów, które z rundy typowo fizycznej zrobiły już normalną, wymagającą trasę XCO. W piątek podczas wyścigu XCC zrobiłam to samo co w Austrii – przejechałam kilka mocnych rund dla przepalenia organizmu, a potem odpuściłam resztę ścigania. Chciałam być gotowa do walki w niedzielę. Wszystkie treningi na trasie zrobiliśmy w suchym warunkach. Liczyłam na pierwszy start w Pucharze Świata na w pełni suchej trasie. Ta nadzieja prysła jednak, gdy po południu w sobotę zaczęło padać. Lało na tyle mocno, że w niedzielę jedynym słusznym wyborem były opony typowo na błoto. Byłam skoncentrowana, zależało mi na dobrym wyścigu. Po starcie szybko odnalazłam właściwy rytm. Jechałam w pierwszej „30”, ale straciłam wiele pozycji gdy utknęłam za leżącą Julie Bresset. W tym samym miejscu straciłam też czas na kolejnych dwóch rundach. Po błotnej walce finiszowałam 36.

Ulżyło mi wtedy, bo wreszcie zaliczyłam pozytywny rezultat i wróciłam do walki po covidzie. Zajęło mi to dwa miesiące. Dużo to czy mało? To zależy od perspektywy. Dużo, jeśli wziąć pod uwagę ile możliwości na walkę w wyścigach w tym czasie straciłam. Mało, gdy przypomnę sobie jak słaba byłam jeszcze w maju, niedługo po chorobie.

Teraz znowu dłuższa przerwa od startów, którą wykorzystam na treningi. Kolejny wyścig – mistrzostwa Polski w Boguszowie Gorcach.


powrót