news
20.05.2021

Koronawirus dopadł i mnie

Po powrocie z Turcji – wyjeździe zorganizowanym dzięki połączeniu sił przez Strüby-BiXS Team oraz Polski Związek Kolarski – miałam kilka luźniejszych dni, aby zregenerować się po siedmiu startach. Po nich kontynuowałam przygotowania do sezonu.

Początkowy plan startowy został szybko zrewidowany przez dynamicznie zmieniającą się sytuację – kolejne zawody odwoływano lub zmieniano ich datę. Niezbyt chętnie, ale zdecydowałam się na wyjazd na trzy wyścigi do Włoch w okresie Świąt Wielkanocnych. Święta, zarówno wielkanocne jak i bożonarodzeniowe, są dla mnie ważnym okresem w ciągu roku, które chcę spędzić z rodziną, a nie na wyścigach. Jak się później okazało chyba lepiej byłoby i tym razem zostać w domu…

Pierwszy włoski wyścig odbywał się w Wielką Sobotę w Veronie. Mimo, że „tylko” klasy C2 zgromadził na linii startu sporo mocnych zawodniczek. Znana mi trasa była bardzo kręta i interwałowa. Moje samopoczucie było dobre, a ostatecznie wystarczyło to na zajęcie 15. miejsca.

Wielkanoc spędziliśmy podróżując z Verony na wyspę Elba. Po południu zapoznaliśmy się z trasą – początkowo zdawało się, że ściganie będzie się odbywało na singlach położonych na malowniczym klifie. I tak było praktycznie do ostatniego zjazdu – rozpoczynał się bardzo dużym jumpem (takim w sam raz dla downhillowców), po którym następowała seria zjazdów po kilkumetrowych, niemalże pionowych „ściankach”, a ukoronowaniem był rock garden stworzony z wielkich i ostrych kamieni. Niejednokrotnie mam wrażenie, że w ostatnich latach cross country niebezpiecznie zmierza w stronę downhillu bez zabezpieczeń, a przecież XCO jest sportem wytrzymałościowym, a nie ekstremalnym… (zjazd zjeżdżałam, ale jestem przeciwna kierunkowi zmian, w jakim zmierza cross country)

W Poniedziałek Wielkanocny już pół kilometra po starcie poczułam, że coś się nie zgadza. Poziom zmęczenia, który odczuwałam był nieadekwatny do tego co pokazywały pomiary. Nie byłam w stanie podjąć walki z innymi zawodniczkami, więc jedyne na czym się skupiłam, to dojechanie do mety i czysta technicznie jazda. Wystarczyło na zajęcie 19. miejsca.

Następnego dnia przyczyna mojej słabości stała się jasna – zakażenie koronawirusem. W planach był jeszcze jeden wyścig we Włoszech – po C2 i C1 miał być też HC. Oczywiście odbył się bez mnie, bo musiałam wrócić do domu.

Przez kolejne trzy dni zostałam mocno szarpnięta przez covida. Nie pamiętam kiedy tak ciężko przechodziłam chorobę. Następny tydzień spędziłam w domu, starając się zrobić codziennie choć parę kroków i zapewnić sobie minimalną dawkę ruchu. Po dziesięciu dniach wsiadłam na trenażer, na którym spędziłam kolejny tydzień kręcąc z bardzo niską intensywnością. Po ponad dwóch tygodniach przerwy wróciłam na rower. Wciąż jednak nie byłam w stanie zrobić nic ponad lekkie przejażdżki.

Martwiło mnie to, bo wielkimi krokami zbliżało się rozpoczęcia Pucharów Świata, a ja czułam się z formą jak w grudniu, jeśli nie w listopadzie. Tydzień przed Albstadt wystartowałam w Pucharze Szwajcarii w Leukerbad. Niestety już na drugiej rundzie poczułam, że nic z tego nie będzie i odpuściłam wyścig.

Kolejne dwa weekendy to Puchary Świata w Niemczech i Czechach. Moje samopoczucie było fatalne – brak możliwości pełnego oddechu (pokłosie koronawirusa), nie pozwolił mi na podjęcie walki o jakikolwiek sensowny wynik. Zdecydowałam się jednak na ukończenie obu wyścigów, aby organizm mógł choć przez pewien czas poczuć intensywność wyścigową.

Po powrocie z Czech szybko zdecydowaliśmy z trenerem o wprowadzeniu planu naprawczego. Jaki będzie jego efekt? Skupiam się teraz tylko i wyłącznie na realizacji dziennych założeń i nie patrzę w kalendarz. Czas i tak minie, a ja po prostu postaram się go jak najlepiej wykorzystać.


powrót