news
16.03.2021

Kampania turecka

Chyba wszyscy mieli nadzieję, że sezon 2021 będzie bardziej przypominał wszystkie dotychczasowe lata, a mniej swojego poprzednika. Zaczęło się jednak od odwołania lub przeniesienia wielu wyścigów. W planowaniu wyjazdów na zgrupowania czy zawody priorytetem stało się to, czy wrócimy do domu i czy nie będziemy zmuszeni do odbycia kwarantanny. Ot, po prostu nowe realia w sporcie.

Razem ze Strüby-BiXS Team rozpoczęliśmy treningi na rowerze zgrupowaniem na Gran Canarii. Udało nam się po raz kolejny polecieć na tę hiszpańską wyspę, choć zarówno lot tam jak i z powrotem zostały przesunięte na inne daty niż pierwotnie zarezerwowane. Staraliśmy się nie myśleć o ewentualnych komplikacjach i skupić na trenowaniu. Pogoda była wymarzona, a my wykręcaliśmy kolejne treningowe godziny. Po ponad dwóch tygodniach wróciliśmy na kontynent.

Naszym kolejnym wspólnym wyjazdem była podróż do Turcji. Przylecieliśmy wieczorem, w ostatnią środę lutego, w czwartek zrobiliśmy treningi na dwóch trasach wyścigów, a już w piątek stanęliśmy na starcie. Trasa swoim charakterem świetnie nadałaby się do przełaju – mnóstwo ciasnych zakrętów oraz krótkie podjazdy i zjazdy faworyzowały tych, którzy zapamiętali przebieg rundy i skutecznie operowali przerzutką. Ze startu wyjechałam jako pierwsza. Nikt nie kwapił się do podkręcenia tempa, więc spokojnie wjechałam też pierwsza w singla. Konsekwentnie jechałam swoje i przez to straciłam potem kilka pozycji. Mając w perspektywie kolejne dwa dni ścigania, nie chciałam wykorzystać wszystkich sił na pierwszym wyścigu. Po równej jeździe na mecie zameldowałam się siódma. Na odpoczynek nie było wiele czasu, bo w sobotę był kolejny wyścig. Plusem było to, że trasa przebiegała przez teren naszego hotelu, więc odpadał czas potrzebny na dojazd na start. Ta runda była już znacznie bardziej wymagająca technicznie – kilka stromych zjazdów i równie stromych podjazdów, sekcje po kamieniach i single w lesie wymagały stałej koncentracji. Przekonałam się o tym na piątej rundzie, kiedy nie byłam w stanie podjechać żadnego ze stromych podjazdów w pierwszej części trasy, bo byłam zdekoncentrowana. Straciłam też przez to jedną pozycję i na metę dojechałam dziesiąta. Niedzielne ściganie też odbywało się obok naszego hotelu. Był to trzeci wyścig XCO, więc byłam już trochę zmęczona. Co ciekawe całą trasę pokonałam 6 sekund szybciej, co daje … 1 sekundę poprawy na rundę.

Poniedziałek przeznaczyłam na regenerację. Swoją aktywność ograniczyłam do gry w ping ponga i spaceru. Podczas wyścigów mocno nadwyrężyłam prawą łydkę i prawą grupę mięśni kulszowo-goleniowych. Dokuczały mi one dość mocno przez kilka dni, ale na szczęście mogłam normalnie trenować, choć chodzenie było zdecydowanie utrudnione. We wtorek pojechałam z moim trenerem na trening na trasie kolejnego wyścigu. Jego runda przypomniała mi ściganie w XC sprzed kilkunastu lat – w lesie, w całości naturalna, mocno rozciągnięta. Podczas treningu padało, co jednak nie przeszkodziło nam w zrobieniu czterech pętli.
W środę moja ekipa wróciła do domu, a od soboty przeszłam pod opiekę kadry narodowej.

W pierwszą niedzielę marca odbywał się jedyny wyścig, na który trzeba było dojechać autem. Wyruszyliśmy już o 10, choć start był dopiero o 13. Niestety już na rozgrzewce poczułam, że czeka mnie wymagające ściganie – nogi nie chciały się kręcić. Biorąc to pod uwagę powinnam była być ostrożniejsza na początku wyścigu, a jednak popełniłam błąd młodzika i pojechałam za mocno ze startu. Jeszcze do połowy zawodów na kolejnych agrafkach widziałam „podium”, ale w drugiej części wiedziałam już, że nie ma na nie szans i skoncentrowałam się na tym, żeby jak najmniejszym nakładem sił utrzymać piątą pozycję. Po mecie byłam wściekła, tak po prostu, bo wiedziałam, że to co zaprezentowałam nijak miało się do mojej aktualnej formy. Przez kolejne trzy dni odpoczywałam, tylko delikatnie kręcąc na rowerze, żeby w pełni sił zaatakować na ostatnich trzech wyścigach i pozytywnie zakończyć kampanię turecką.

W czwartek czułam się znowu gotowa do rywalizacji. Na rozgrzewce wszystko zagrało, nogi kręciły się tak, jak należy. Ze startu tym razem wyjechałam trzecia. W początkowej części rundy spadłam na szóstą pozycję, ale wciąż jechałyśmy wszystkie razem. Na początku drugiej rundy znowu jechałam trzecia, ale czołówka zyskała kilka sekund przewagi. Przez kolejne rundy, aż do końca piątej, jechałyśmy razem z dwiema Rosjankami. Ostatecznie na następnych dwóch pętlach okazały się trochę mocniejsze i skończyłam piąta. Byłam jednak bardzo zadowolona z tego wyścigu. Było dobrze taktycznie, czysto technicznie i lepiej fizycznie. Dwa tygodnie wcześniej nasz wyścig miał jedną rundę mniej, a tym razem taki dystans przejechałam aż o ponad dwie minuty szybciej. Warunki były takie same, więc po prostu cieszyłam się z progresu.

Piątek stał pod znakiem regeneracji, a w sobotę i niedzielę miały się odbyć jeszcze dwa wyścigi. Sobotni był na tej samej trasie co czwartkowy. Mimo krótkiej ulewy w czwartkowy wieczór trasa była sucha i mocno się kurzyła. Po starcie jechałam czwarta. Przez pierwsze trzy rundy utrzymywałam się na tej pozycji, mając kilkanaście sekund do podium i podobną przewagę nad goniącą mnie zawodniczką. Samopoczucie nie było jednak dobre – mimo nieco niższego tempa niż w czwartek, wyraźnie się męczyłam. Na kolejnych dwóch rundach straciłam dwa miejsca, nie mogąc złapać koła wyprzedzających mnie zawodniczek. Jasnym stało się, że tego dnia o wyższe miejsce nie powalczę. Skupiłam się więc na dojechaniu na szóstej pozycji i zaoszczędzeniu sił na niedzielę. Ostatnie dwie rundy przejechałam naprawdę spokojnie, kontrolując różnicę za mną, dzięki międzyczasom, które podawał mi trener kadry narodowej.

W niedzielę postanowiłam wystartować z pewną rezerwą. Nie było to takie łatwe, bo jednocześnie nie chciałam wjechać w singla na szarym końcu peletonu, a że singiel był pół kilometra po starcie, to wszyscy mieli siłę na maksymalny wysiłek. Godząc nieco spokojniejszy start z zabezpieczeniem przyzwoitej pozycji, w wąską część rundy wjechałam czternasta. Do pierwszego bufetu udało mi się zyskać dwa miejsca, chwilę później awansowałam o kolejne dwa. Na następnych dwóch rundach zyskałam jeszcze trzy oczka wskakując na siódme miejsce. Tak też skończyłam ten wyścig. Byłam zadowolona z jego przebiegu. Po porównaniu czasów okazało się, że pojechałam o ponad trzy minuty szybciej niż dwa tygodnie wcześniej.

Cieszę się, że mimo wielu obostrzeń pandemicznych zrealizowaliśmy plan przygotowań i pierwszych startów. Forma jest w budowie, wszystko idzie w dobrym kierunku. Fajnie też, że udało się pojechać siedem wyścigów łącząc siły mojej drużyny Strüby-BiXS Team i kadry narodowej. Wszystko zagrało jak należy, przez cały czas miałam zapewnioną profesjonalną obsługę podczas wyścigów i poza nimi, sprzęt spisał się dobrze. Teraz czas na odpoczynek i wyleczenie kontuzji, a potem kolejny blok treningowy i następna seria wyścigów.


powrót