news
23.10.2020

Sezon zamknięty w dziewiętnastu dniach

W tym roku czekaliśmy, czekaliśmy i w końcu się doczekaliśmy. Na przełomie września i października odbyły się dwa Puchary Świata. W jednym miejscu, w ciągu sześciu dni mogliśmy wystartować aż cztery razy. Było intensywnie, pogoda się zmieniała, ale wreszcie przypomnieliśmy sobie jak to jest ścigać się na najwyższym poziomie.

Ktoś powiedział, że jeśli w tym roku Puchar Świata ma zawitać tylko w jedno miejsce, to musi to być Nove Mesto. Zdecydowanie się z tym zgadzam. Runda w Czechach to jedna z najczęściej wymienianych ulubionych tras wśród zawodników. Należę do nich również ja. Tym razem trochę dziwnie było się ścigać bez kibiców i bez rozemocjonowanego spikera. Nie było jednak czasu na zastanawianie się nad specyfiką sytuacji, bo po raz pierwszy przyszło nam zmierzyć się z formułą dwóch pełnych Pucharów Świata w ciągu niespełna tygodnia.

Do Czech dotarliśmy w poniedziałek. W związku z tym, że padało, techniczna czeska runda wymaga koncentracji, a po wyjściu z auta czuliśmy, że o dobry balans na korzeniach i kamieniach będzie trudno, zdecydowaliśmy się na spacer. Pierwszy raz trasę z perspektywy siodełka zobaczyliśmy we wtorek rano. Szybko uwinęłam się z treningiem, żeby zdążyć odpocząć przed wieczornym short trackiem. Pogoda nie zachęcała do ponownego wyjścia na rower – było zimno, padało, a na około dwustumetrowym odcinku rundy błoto mocno utrudniało zawodnikom jazdę. Startowałam z ostatniego rzędu, a to, że wszyscy byli wygłodniali rywalizacji i naciskali na pedały z całych sił, uniemożliwiło mi przebicie się do przodu stawki. Cóż, przynajmniej zrobiłam dobre wprowadzenie przed czwartkowym wyścigiem cross country. W środę wjechałam na rundę, dopracowałam wszystkie linie przejazdu i resztę dnia wykorzystałam na relaks przed wyścigiem. W czwartek trasa była już znacznie lepiej przejezdna niż we wtorek, ale korzenie i rock gardeny pozostały śliskie. Runda startowa wyszła mi naprawdę fajnie. Przebiłam się do przodu, uniknęłam korków i kraks. W dalszej części wyścigu niestety straciłam kilkanaście pozycji. Ostatecznie mogłam cieszyć się z tego, że po tym jak podczas przerwy pandemicznej mocno przesadziłam z treningami i dołączyłam do tego zrzucanie wagi, teraz wróciłam do poziomu, który pozwolił mi przejechać cały wyścig.

Na odpoczynek po cross country nie było dużo czasu, bo kolejny short track był … na następny dzień. Dodatkowo w piątek rano wjechałam na trasę, żeby zapoznać się z odcinkiem, który różnił między sobą rundy wyścigów czwartkowego i niedzielnego. Co do short tracku, to mając trochę doświadczenia z wyścigów etapowych nie spodziewałam się niczego innego jak szybkiej jazdy. Tak też było. Osiem rund pokonałyśmy o około dwie minuty szybciej niż trzy dni wcześniej. Wpływ na to miała pogoda (błoto trochę przeschło), ale też po prostu wysokie tempo na odcinkach asfaltowych i lekkim podjeździe w lesie. Czułam się naprawdę fajnie i aż do ostatniej rundy jechałam w peletonie. Ostatecznie osiągnęłam ten sam wynik, ale ze znacznie mniejszą startą do zwycięzcy i lepszym samopoczuciem na mecie. W sobotę jedyny raz odpuściłam wjazd na rundę. Byłam na niej do tej pory każdego dnia, technicznie jeździłam dobrze, więc zdecydowałam się na lekki trening na szosie. W niedzielę przyszedł czas na ostatnie starcie. Pogoda zrobiła się bardzo przyjemna – wyszło słońce, trasa była sucha, aż chciało się jechać. Tym razem start nie wyszedł mi tak dobrze jak ostatnio. Na metę dojechałam jednak praktycznie na tym samym miejscu, co trzy dni wcześniej.

Puchar Świata ledwo się zaczął, a już się skończył… Dobrze, że choć przez tydzień mogliśmy robić to, co lubimy najbardziej, czyli rywalizować. Sama formuła, na jaką zdecydowali się organizatorzy była ciekawa. Korzystając z takiego rozwiązania w przyszłości moglibyśmy więcej ścigać się w Pucharach, więc może warto je rozważyć?

W kolejnym tygodniu były mistrzostwa świata w Austrii. Oglądałam je przed telewizorem. Zastanawiałam się czy to, co widzę (przepuszczając jednocześnie te obrazki przez filtr, że telewizja nie oddaje trudności trasy), będzie tożsame z tym, co w przyszłym roku będzie na Pucharze Świata w Leogangu. O ile oczywiście pandemia nie wywróci do góry nogami kalendarza…

W poniedziałek w następnym tygodniu dostałam powołanie na mistrzostwa Europy. Ostatecznie wszystko zostało dograne w środę i wieczorem byłam już w hotelu. Następnego dnia rano pojechałam na trening. Trasa w Riverze jest bardzo wymagająca. Wszechobecne skały wymuszają pełne skupienie, a jego brak może skutkować nieprzyjemnym upadkiem. Trzy razy miałam okazję ścigać się na tej trasie i muszę przyznać, że tak sucha jak teraz nie była nigdy. To z jednej strony spowodowało, że łatwiej było panować nad rowerem, z drugiej pozwoliło na szalone tempo od początku wyścigu. Start miałam dobry do połowy pierwszego podjazdu, kiedy na moment zostałam zamknięta. Kolejny problem pojawił się na zjeździe, gdy na przewężeniu zrobił się korek. A ostatnią przeszkodę napotkałam na początku kolejnego podjazdu, gdy miałam do wyboru dwie linie. Wybrałam tę, na którą zawodniczka przede mną wcześniej wjechała, więc teoretycznie nie powinna mi przeszkodzić. Teoria teorią, trzeba było jednak pojechać drugą linią, koło w koło z Niemką, bo niestety mój wybór skończył się na tym, że Słowaczka nie zdołała podjechać, miała też problem z utrzymaniem się na nogach na skale, więc w moim interesie było ją popchnąć i pomóc podbiec. Na tym na szczęście problemy się skończyły i potem mogłam jechać już swój wyścig. Nie było cudów, nie odbudowałam formy, ale pojechałam bezbłędnie technicznie i przejechałam cały wyścig równym tempem.

Moja dobra jazda na technicznych odcinkach tras w Novym Meście i Riverze była możliwa dzięki pracy mojego trenera podczas treningów. Również w czasie pandemii zadbaliśmy o ten aspekt przygotowania i w nim efekty są i widoczne, i wyczuwalne. Dziękuję!

Teraz powoli czas na przerwę. Prawdopodobnie wystartuję jeszcze raz, a potem będę ładować akumulatory przed kolejnym sezonem. I tak w kółko :-)


powrót