news
07.03.2019

Turcja bez single track'ów

Po bardzo udanym wyjeździe na zawody w Grecji nie miałam zbyt długiego odpoczynku od startów. Ostatni wyścig na Salaminie przejechałam 17 lutego, a już 27 lutego stanęłam na starcie w tureckim Okurcalar.

 

Turcja przywitała mnie nieco wyższą temperaturą niż Grecja, ale też błotnistymi trasami. Czasówkę i cross country rozegrano na tej samej rundzie – względnie płaskiej, ale bardzo zakręconej, a przez to interwałowej. Maratony biegły drogami leśnymi, szutrowymi i asfaltowymi. Co ciekawe, na żadnym z nich nie było single track’ów, ale za to łącznie trzeba było trzy razy pokonać rzekę. Nie jakiś tam strumyczek, tylko porządną ilość wody o głębokości co najmniej pół metra. Był to dodatkowy test dla szczelności Shimano di2 w moim rowerze – wypadł celująco.

 

Pierwszym etapem była jazda indywidualna na czas na dystansie jednej rundy XCO. Szła mi ta jazda jak po grudzie. Technicznie w porządku, ale jakoś nogi kręciły się inaczej niż sobie tego życzyłam. Mimo to zajęłam drugie miejsce.

Drugim etapem był krótki, 35-kilometrowy maraton. W przeciwieństwie do liderki wyścigu, która tydzień wcześniej startowała w wyścigu etapowym odbywającym się na dokładnie tych samych trasach, ja trasę znałam jedynie z mapy i profilu. Zaplanowałam sobie kiedy spróbuję zaatakować i swój plan zrealizowałam w 100 procentach. Po moim ataku została ze mną tylko Irina Popowa. Razem dojechałyśmy do mety, gdzie na finiszu wygrała Ukrainka – aktualna mistrzyni Europy i wicemistrzyni świata.

W trzeci dzień organizatorzy zaserwowali nam cross country. Było to półtorej godziny tak zwanej „jazdy w trupa”. Irina od startu prowadziła, a ja jechałam ze stratą około 15 sekund. Dojechałam do niej na czwartej rundzie. Na piątej wielokrotnie starałam się ją wyprzedzić, ale Ukrainka na wąskiej trasie w bezwzględny sposób zablokowała wszystkie moje próby. Ostatecznie na ostatniej rundzie udało jej się znowu odjechać i po raz kolejny zameldowałyśmy się na mecie jako pierwsza i druga.

Moja taktyka na ostatni dzień była prosta – zaatakować na jednym z dłuższych podjazdów, zrobić przewagę, zniwelować stratę w generalce i po prostu wygrać wyścig. Atakowałam wielokrotnie – na podjazdach, na technicznych zjazdach, podczas dłuższej błotnistej sekcji. Prawie za każdym razem Irina była w stanie do mnie dojechać. Jeden raz miałam realną szansę odjechać na dobre – na technicznym zjeździe uzyskałam około 40 metrów przewagi i … musiałam wyhamować do zera, bo na drodze pojawiło się stado owiec… Nie było mi chyba pisane wygrać tego wyścigu – do mety dojechałyśmy razem i znowu musiałam uznać wyższość możliwości sprinterskich Ukrainki.

 

Bilans wyścigu w Turcji to cztery drugie miejsca na etapach i drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Zaliczyłam kolejne wyścigi, które traktuję jako dobry trening przed sezonem i zdobyłam punkty do rankingu UCI (indywidualnego i olimpijskiego). Na początku marca w moich nogach jest już 17 dni wyścigowych – w ciągu ostatnich trzech sezonów tyle startów miałam na koncie w lipcu. Czuję się dobrze i liczę na to, że sezon będzie dla mnie satysfakcjonujący. Teraz czas na treningi, a kolejny start to C1 w Langenlois w ostatni dzień marca.

 


powrót