news
08.05.2018

Szosowe kolarstwo górskie

Solothurn. Kolejny przystanek Swiss Bike Cup. Trasa „pół na pół”, czyli połowa rundy była w lesie, jak na MTB przystało, a połowa rozgrywała się w szalonym tempie na szosie. Część leśna – dla mnie bardzo na plus, w przeciwieństwie do części asfaltowej, na której najbardziej cierpiałam. Ale do rzeczy…

Wszystkie edycje Pucharu Szwajcarii są wpisane do kalendarza UCI, z rangą C1 lub HC. Trasy są wymagające, a na starcie pojawia się zawsze mnóstwo zawodniczek z różnych państw, a wśród nich bardzo wiele z czołówki rankingu. Podobnie było też w Solothurn. Do wyścigu kategorii C1 zgłoszonych było niemalże pięćdziesiąt kobiet, z czego na starcie stanęło nas ponad czterdzieści. Nazwisk z pierwszej strony rankingu UCI było bardzo dużo i wiadomo było, że nawet o jeden punkt (w przypadku wyścigu klasy C1 daje go piętnaste miejsce), będzie bardzo ciężko.

Czułam się dobrze przygotowana do zawodów. Trasę miałam opanowaną technicznie, pasowała mi część w lesie, a odcinki asfaltowe zamierzałam w miarę ekonomicznie po prostu „przejechać”. Dzień wcześniej razem z naszym trenerem zrobiliśmy na rundzie fajny trening, który wszystkich pozytywnie nastroił do startu. Mi „udało się” nawet zerwać łańcuch, więc uznałam, że nogi są gotowe.

W sobotę o 13:30 ruszyłyśmy do walki. Tempo na szosie było zawrotne. Z początku jechałam około 25. pozycji, ale w lesie zaczęłam wyprzedzać kolejne zawodniczki. Z rundy na rundę poprawiałam swoją pozycję. Na przedostatnim okrążeniu zbliżyłam się do Iriny Kalentievej. Wjeżdżając na ostatnią rundę miałam do niej 16 sekund straty. Cel był więc jasny. Na odcinku asfaltowym udało mi się nadrobić tylko kilka sekund. Długi leśny podjazd był w tym dniu moim atutem i to tam nie tylko wyprzedziłam moją rosyjską idolkę, ale też zbudowałam nad nią przewagę. Dodatkowo pod koniec podjazdu dostrzegłam jeszcze jedną zawodniczkę. Razem pokonałyśmy zjazd i czekał nas asfaltowy dojazd do mety. Początkowo współpracowałyśmy, ale niedługo później zaczęłyśmy wzajemnie się sprawdzać. Okazało się, że ja lepiej radzę sobie w zakrętach, więc wykorzystałam to i zaatakowałam na trochę bardziej zakręconym odcinku. Udało mi się więc na ostatniej rundzie wskoczyć o dwa oczka wyżej i … zdobyć ów cenny jeden punkt za 15. miejsce. Dodatkowo wykręciłam 10. czas ostatniego okrążenia, co było niejako wisienką na torcie.

Kolejny przystanek to Austria i wyścig HC w Obertraun. Mam nadzieję, że po mecie będę co najmniej tak samo zadowolona jak w Solothurn.


powrót